Po co pisać? Zwłaszcza, gdy się nie ma talentu... A z drugiej strony – po co czytać? Nie lepiej iść spać?
Topole
szelestem łaskoczą wspomnienia.
Klepiska podwórek ciasnych,
odeszłych,
szumią o niewypaleniu,
dalekim jak podwórka owe,
klepiska zabaw paru – latków,
głupich.
Topole,
chwasty miast...
Kropką zaczynają zadania
zakazani.
Kropkami bezwstydnymi
niemoralni
pogrążają siebie.
Kropkami oskarżają
pyszni,
kropkując litanię
do świętego
imienia swego.
Tchórze, co słów się boją.
Słabi, uciekając czynom.
Wszechniedojrzali.
Arcyszpilka
do wbijania służy.
W serce.
Banał, ale takie właśnie jej zadanie.
Jak pomarańczy sok przeznaczony,
albo liściom śmierć jesienią.
Arcyszpilki
nie kupisz w pasmanterii.
Ani w Rossmannie.
Ani na Allegro, eBayu, ani też na Molotok.Ru
Ona sama cię wybierze,
bo tak.
Arcyszpilka
kata z ciebie zrobi
i ofiarę.
Albowiem tym się różni od szpilki,
że ma dwa końce ostre.
Dlatego jest arcy.
Niepokorni
płaczą w tonacji durowej.
Nieroztropni
śmieją się synkopami.
Nieostrożni
mówią polifonią.
Nienasyceni
biorą triolami.
Grzesznikom
da capo al fine!
Zbudowałem ołtarz:
Święty Obraz,
Święta Księga,
Święta Relikwia.
Bogu,
który się urodził,
nauczał,
zmarł.
Jestem miękki, wiesz?
Naciśnij. Czujesz?
Jestem kruchy też.
Nie sprawdzaj, uwierz.
Działa na mnie deszcz,
zimno... znasz przecież.
Skoro... wiesz jak jest,
skoro ja wiem też,
nie rańmy siebie
więcej, niż już jest...
Jeszcze jest,
nie uleciał,
zapach.
Okruchy
zgubionego,
dzielę,
drżąc na myśl,
gdy zostanie
tylko
głód.
Wylazły kwiatki,
bratki, bławatki...
Jest pięknie!
Ale i muchy,
wszy, karaluchy,
Spod pachy poty,
tych co z roboty,
zaduchy, smrody
gorąc, brak wody...
Jest pięknie?
Wiosna radosna!
Deszczem zalana,
śniegiem zsypana,
wciąż niewyspana,
zimowych piesków
kałem zasrana...
Napisałem list:
oskarżenia,
wybaczenia,
pożegnania...
Ogoliłem się.
Umyłem porządnie.
Ubrałem w co najlepsze.
Przerzuciłem sznur.
Wszedłem na krzesło.
Założyłem pętlę.
Ale musiałem przerwać.
Zachciało mi się sikać.
Oczy.
Ostatnia wskazówka zegara.
Anioł Stróż.
Nadprzestrzenny tunel.
Do początku.
Do końca.
Do zawsze.
Daj spojrzeć przez chwilę, proszę...
Moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina, moja wina, moja wina, moja przenajświętsza wina, dość.
Jeden dzień,
dwie kalorie.
Jak tic tac.
Cap do buzi
i nie ma...
O ojczyźnie umęczonej,
wielkich synach narodu,
bożych cudach, braterstwie,
sensie życia, o śmierci,
o pytaniach zasadniczych:
„Po co, dokąd i dlaczego?”,
napiszę
jak skończę o dupach.
I znowu noc.
I nie ma snu.
Przeszkadzają ćmy wspomnień.
Nadziei moc
jak światło gwiazd
oślepia swoim zimnem.
Północy kot
wyświetla film,
a zawsze science fiction.
Księżyca teatr
cieniami lśni
dziś, za rok i za tydzień.
Na początku była kropka.
Bardzo mała, czarna.
Nie działo się nic.
Ale było.
Czekałem.
Rozpoczęła się kreska.
Rosła.
Rosła coraz dłuższa.
Zacząłem biec.
Przed siebie.
A potem z powrotem.
I znów przed siebie pobiegłem.
I dalej, jeszcze.
Pojawiła się płaszczyzna.
Już nie tylko do przodu i do tyłu można było biegać.
Biegłem w bok.
Trochę na wprost.
Potem w lewo.
W prawo.
Do tyłu pod lekkim kątem.
Nieco w lewo znów, ale niewiele. Bardziej do przodu raczej.
I wciąż było mało.
I wciąż było dużo.
I wciąż było nowe.
I wszystko było piękne i proste.
Aż nastała przestrzeń.
I to było zbyt wiele.
I to nie było proste.
I oczywiste.
I łatwe.
I się wystraszyłem.
I się pogubiłem.
I się zatrzymałem...
Obiecałaś burzy ciszę
gdy słońce z wagą tańczyło,
kiedy powódź przesuwała
fundamenty mego domu.
I tak ciągle milczysz.
Wiatr osuszył tamte czasy,
śnieg, mgła, ciepło, deszcz i rosa
od tej chwili grały w berka
chronologię zatracając.
A ty nadal milczysz.
Jutro wczorajszym się stało,
zieleń – czerwień znów odeszła.
Już za chwilę będzie było,
a wraz z nimi słowa – widma...
Nieustannie milczysz...
Gdy zobaczysz barwy śniegu,
nocy letniej bez księżyca,
gdy usłyszysz jak źdźbła trawy
ocierają się o siebie,
gdy poczujesz zapach mrozu,
słońca, wiatru, źródła, cienia,
nie zakochuj się...
Nie proś.
Nie szantażuj.
Nie patrz tak.
Nie płacz.
I tak ci nie kupię czekoladek.
Mchem i porostami
zarastasz czasie wielkich postanowień.
Młodymi brzozami
umierasz łąko tamtych dni.
Ile pozostało?
Oczodoły twarzy.
Ciała we mgle.
Sylwetki.
Dziś znów jest przedwczoraj.
Bardziej przygarbione.
Po cichu.
Ja paplam.
Tobie paplam.
Jemu, jej paplam.
Nam paplam.
Wam paplam.
Im paplam.
Wystarczy.
Szukam wagi.
Z lewej strony kładę bóldaję.
Z prawej strony kładę bólbiorę.
Odczytuję wynik.
Czy ktoś wie, gdzie można kupić coś takiego?
Nie pada.
Ale przecież może.
Słońce grzeje tak przyjemnie.
Jednak chyba będzie burza.
Chmurki żadnej dziś na niebie.
Lecz z pewnością coś się czai...
I tak niepokoi się dzień cały
Parasolowa Panienka...
Czytasz te słowa,
strach cię ogarnia.
Tekst nielegalny,
dźwięk zapomniany,
myśl niemedialna,
nagość, a może
i pornografia...
Wielu uciekło,
zażenowanie
inni poczuli.
Romantyzm umarł
na egzaminie
...dojrzałości?
W sto piątce się spotkali
spojrzeniem,
z daleka,
przypadkiem.
Nieśmiało podglądali
odbicia
na szybie
nieczystej.
Zabawa w chowanego
wybranych
wśród obcych,
po cichu.
Mało określonego
zapachu
cukierków
niedrogich.
Uśmiech niedokończony
wzajemnie
oddany,
mniej więcej.
Brutalnie rozproszony
sykiem drzwi
nagle
otwieranych.
I tylko obraz został
na chwilę,
koloru
bladego.
Niby–romansu posmak,
stygnący,
z głębi
przypomniany.
Znajoma kreda
brylantem być chciała.
Do jubilera
z rana się udała.
„Będziesz szlifował!”
– takoż poprosiła.
„Z tą aparycją?”
– odrzekł – „Moja miła,
w kolię nie wejdziesz,
w nożyk do szkła może...”
Łzę uroniła,
ale rzecze: „Boże,
trudno, niech będzie!”
I już oprawiona:
drewniana rączka,
stalowa korona.
Nadziei pełna
na szybkę spoziera.
Już za chwileczkę
będzie jej premiera.
Lecz katastrofa!
Szyba niedraśnięta,
z kredy pył został,
żałość niepojęta...
Jaki tu morał?
Szlifować chcesz? Ale
ambicję wstrzymaj,
poznaj Mohsa skalę!
Tak klapnę na chwilę.
Tak krzywo usiądę.
Tak podparty dziwnie.
Tak popatrzę w lewo...
Tak sobie...
Tak się tu wyłożę.
Tak głowę odchylę.
Tak nogę podwinę.
Tak pomyślę nieco...
Tak sobie...
Tak nic mi się nie chce,
tak rzeczy są głupie...
Tak zaraz stąd wyjdę,
tak wszystko mam w dupie!
Tak se!
Wypełniającym
pit jedenaście osiem,
ujmującym
fakturę w ewidencję,
wyliczającym
stopę wynagrodzenia,
wertującym
polską klasyfikację,
wysyłającym
korektę zus zet zet a,
z gorczańskiej hali
pełnej krokusów
ślę wyrazy
serdecznego
współczucia.
Radio Złote Gnioty.
Dobrze słyszysz?
Złote Gnioty.
Złote!
To dla Ciebie!
Posłuchaj!
Gnioty Złote!
Ty zawsze przy mnie stój.
Rano, wieczór, we dnie, w nocy...
Radio Złote Gnioty.
Nie za cicho?
Złote Gnioty.
Złote!
To jest dobre!
Pamiętaj!
Gnioty Złote!
Bądź mi zawsze ku pomocy.
Strzeż duszy, ciała mego...
Radio Złote Gnioty.
Może głośniej?
Złote Gnioty.
Złote!
Jestem wszędzie!
Umieraj!
Gnioty Złote!
I już.
Nazywam się Ustawa.
Urodziłam się 14 marca 1940 roku
w Barcicach.
***
Ja, Ustawa, biorę sobie ciebie za męża
i ślubuję ci miłość, wierność
i uczciwość małżeńską.
***
Tu leży Ustawa.
Przeżyła lat sześćdziesiąt osiem.
Prosi o modlitwę.
Zdawało jej się,
że powiedziałem.
Nie była pewna,
pomyślałem,
czy usłyszała,
ale założyła,
że nie pomyślałem
tylko.
Pomyślała,
czy powiedziałem to,
co pomyślałem,
czy też powiedziałem
coś innego.
A może pomyślała,
że pomyślałem,
że powiem to,
o czym od dawna myślę?
Każda kobieta to wszechświat.
Własny Kartezjusz.
Lokalny Plance.
Twierdzy faberge
strzeże timbre.
A kruchości siłą nie rozbijesz.
Poznajesz:
rzek geografię,
gór historię,
miast biologię,
by w chwili zdawania egzaminu usłyszeć,
że nie jesteś sobą.
Chcę być znów malutki,
by mi nos wytarli,
powiedzieli, gdzie nie wolno,
czasem pogłaskali.
Nie chcę wiedzieć dużo,
bohatera strugać.
Mały kącik mieć dla siebie,
do misia tam mrugać.
Zrobię dziś wagary.
Zaczekają w pracy.
Dostanę miskę budyniu,
życie będzie cacy!
Skazali nas na kilka godzin.
Cela niewielka, okno, drzwi, jedno lustro małe.
Siedzimy naprzeciw.
Każdy wpatrzony we własne nic.
Dwa światy.
Dwa zapachy.
Dwa rytmy.
Chciałem usłyszeć słowo.
Ale wstyd pierwszemu się odezwać.
Słabość okazać niemiło.
Głupio tak.
Niech on zapyta najpierw.
***
I tak tkwiliśmy do późna,
bezradni.
A każdy napawał się twardością
w milczeniu
oczekujący.
I żaden nie pomyślał,
że i ten czas będzie policzony
na końcu.
Zrób zdjęcie.
Niewyraźne bardzo.
Przypnij i wpatruj się.
To plan.
Teraz gromadź materiały.
Najpierw podmiot.
Fundament.
Orzeczenie.
Zaprawa wiary.
Scali.
Przydawka.
Kamienie uczuć.
Dopełnienie.
Utopia musi mieć dach.
Gdy zgromadzisz wszystko, buduj.
Długo i dokładnie.
A gdy wybudujesz siądź i patrz.
Jak się będzie walić.
Powoli i do końca.
Do następnego razu.
Kamyk z buta wyjmę
jak przejdę na drugą stronę ulicy.
Usiądę na chwilkę,
tylko nie teraz.
Zrobię sobie lepiej,
ale gdy znajdę się tam.
A to, że idę wzdłuż, a nie w poprzek, jest w tym wszystkim najmniej istotne...
Czemu, kiedy koniec bajki:
„Żyli długo i godziwie...”?
To nieprawda jest, najczęściej
życie bywa mniej szczęśliwe.
Gdzie są baśnie niewesołe?
„Było ciężko wiele razy... ”
Kto książki ocenzurował
i usunął te wyrazy:
„A ja tam byłem
i wino piłem,
portfel zgubiłem,
a film straciłem...”?
Nie jestem ołówkiem gładkim,
z równo zaostrzonym noskiem,
bez śladów po zębach,
z pachnącą gumką na końcu, czystą,
z napisem:
„6H – bardzo twardy, techniczny”.
Ale to nie ważne.
Liczy się to,
czy mnie jeszcze więcej,
czy już mniej...
Kiedy jeszcze kat, kiedy już ofiara?
Kiedy jeszcze zbrodnia, a kiedy już kara?
Bijcie mi brawo!
Chwalcie me imię!
Czy ktoś laurowy wieniec zaplata?
Tu tron postawcie.
Dobrze mnie widać?
To za me żale życia zapłata...
To moje zabawki! Wynocha stąd wszyscy! Nie będę się dzielił z nikim!
Cholera!
Czekam na nic.
Idealnie gładkie,
nieskończenie czarne,
doskonale śliskie.
Ale nie o nic tu chodzi,
a o czekanie.
Stoję przed lustrem nagi.
I cóż widzę...
Raczej brzydszy niż ładniejszy.
Raczej wyższy niźli niższy.
Raczej młodszy, a nie starszy.
A pod spodem
uśmiechnięty wesołek tryskający humorem.
Tu coś śmiesznego powie, tego zabawi żarcikiem...
A pod spodem
cwaniaczek nieduży, kombinatorek.
Interesiki kalibru marnego, łapówek nikt nie proponuje...
A pod spodem
kompleks niespełniony, żal.
Wielkie plany, niemoc trzyma silną ręką, czas reglamentowany...
A pod spodem
dobroć nieduża, chęć zbawiania świata licha.
Małe wielkie rzeczy serwują spełnienie sumienie czyszcząc...
A pod spodem
poszukiwacz zaginionej arki, odkrywca Ameryki.
Proste krzywi, krzywe prostuje, szuka okularów na swym nosie...
A pod spodem
to nie wiem, bo nigdy tam nie byłem.
I chyba nie chcę wiedzieć...
A cóż ci mówi twoje lustro?
Stoi na stole wielkanocna baba.
Jeszcze ciepła.
Lukrem oblana.
Z rodzynkami.
Zjem ją w niedzielę.
Dziś nie wolno.
Dzisiaj tylko powącham troszeczkę,
okruszka spróbuję,
zamknę oczy, podejdę blisko, poczuję bardzo...
Tylko dlaczego święta nigdy nie nadejdą?
Zimno, mokro.
To dobrze.
Ślisko, stromo.
Jeszcze trochę wiatru trzeba.
Oto moja góra.
Wyjdę tam i zejdę.
W chwale.
Będę bohaterem.
A gdy spotkam na dole twarz zniesmaczoną
wyglądem zasłużonego w boju,
spojrzę w nią i rzeknę:
„Co ty wiesz o trudach...”
Lubię, gdy mi dobrze chwilę,
kiedy czas jest tylko dla mnie.
Egoistą być jest miło, więc...
posiedzę jeszcze w wannie.
A gdy wstanie świt,
w mojej głowie zaczynają pracę mrówki pierwszej zmiany.
Małe pracusie, kujonki.
Wyciągają za nogi, ku życiu.
Demokratki takie...
A po południu,
w mojej głowie zaczynają pracę mrówki drugiej zmiany.
Wstrętne leniuszki, niezguły.
Wyciągają za ręce, ku senności.
Socjalistki takie...
A gdy przyjdzie noc,
w mojej głowie zaczynają pracę mrówki trzeciej zmiany.
Szalone lekkoduchy, artystki.
Wyciągają za uszy, ku niebu.
Anarchistki takie...
Spotkałem ją dziś znowu.
Nie trzeba wiele.
Szczypta spojrzenia.
Już wiem,
że chorować trzeba będzie.
Nie ma lekarstwa,
czas tylko.
Cóż z tego,
skoro znowu ją zobaczę,
moją Osobistą Truciznę.
Idzie pokusa,
zbyt kusa.
Chcę się odwrócić,
„Nie!” – chuci.
Gdzie moja wola?
Gdzieś w polach...
Walki nie będzie
w popędzie...
Czy ja jestem dębem?
Olbrzymem patrzącym z wysoka i dumnie,
niekarzącym się wichurze.
Ostoją i zaborcą.
Dębem jak Dąb...
A może jestem wierzbą?
Uginającą się do ziemi bez troski,
gdy inni rany swe opłakują.
Niemoralnym drzewem bez wyrzutów sumienia,
zieleniejącym, gdy resztę strach mrozu skuwa.
Ostatnim skorym do zrzucenia szat,
gdy czas najwyższy po temu...
A może tylko brzozą?
Chwastem lasu.
Złodziejem ziemi pojawiającym się znikąd i natychmiast.
Pionierem bez pożytku...
***
Myślę czasem,
czyżby nie było dobrze wyjąć swych korzeni i iść.
Przed siebie.
Znaleźć nowy las.
Albo nie.
Może lepiej stanąć nad brzegiem morza
albo gdzieś wysoko,
gdzie nikt widoku nie zasłoni...
I wtedy zamykam oczy.
I zaczynam taniec.
Taniec namiętny, zmysłowy i dziki.
Bo to wiatr,
ten nieujarzmiony szaleniec o stu twarzach takie myśli szepce.
Tańcz z nim,
bierz ten smak garściami,
unieś się i rzucaj!
Ale uważaj, oj biada, gdy to on rządy nad tobą przejmie!
A gdy już znuży się ten wariat zalotnie uciekając,
otwieram oczy
i zastanawiam się, czy to wszystko mi się nie śniło...
I jedynie lekki zapach dzikości przypomina o tym,
że nie jestem tylko drzewem.