Życie bywa ciekawsze niż fikcja.
Trzecią półkę lodówki, dotąd nigdy nieodwiedzaną, Słomiany postanowił zaatakować o świcie. To miejsce intymne, zamieszkałe przez pory, rzodkiewkę i inne przysmaki kobiet. Niestety, tam także zionęła pustka.
Na dnie wysuwanej szafki tropiciel znalazł suchara. Łup został zjedzony natychmiast po tym, jak uległ odrobinie letniej herbaty z kolejnego już dziś parzenia. Próba starcia z suszoną papryczką chili zakończyła się niepowodzeniem wpędzając złaknionego bohatera w depresję. Sytuacja stała się krytyczna.
Słomiany postanowił: trzeba iść do sklepu...
„Aaaaa...”– po łazience rozbiegł się niewyraźny jęk, gdy Słomiany zalał swój spalony żelazkiem palec lewej ręki cieczą o obiecującej otuchę nazwie: hydroxide. Prawą dłoń bowiem miał zawiniętą w skarpetę po tym, jak wcześniej próbował ukroić sobie kromkę nieco już czerstwego chleba w czasie, gdy go jeszcze posiadał...
Patrzył na niego od kilku minut. Ziemniak, nieco brudny, nieokreślonego kształtu, nagryziony, leżał na środku stołu. Słomiany wiedział, że służy do jedzenia, ale jego smak w niczym nie przypominał tego, co znał z przeszłości. Próbował sobie przypomnieć, co ona z nim robiła, lecz w głowie miał tylko ciemność...
Od czasu, gdy skończył się szampon, mydło malało w zastraszającym tempie. Ręcznik został wyeliminowany jeszcze podczas pierwszej walki z krwotokiem, będącym następstwem pobytu w kuchni. Lecz najgorsze dopiero miało nadejść: od dłuższej chwili Słomiany, siedząc w bezruchu, wpatrywał się z przerażeniem w zupełnie nagą rolkę...
Słomiany ujął w dłonie swą posiniaczoną twarz. Wiedział, że to już koniec. Każdy kiedyś odchodzi, ale dlaczego musiało to wydarzyć się akurat teraz? Choć do końca nie było w tym jego winy, czuł się mordercą. Zbrodniarzem. Wynaturzonym barbarzyńcą, który skazał biedne stworzenie na powolną śmierć z pragnienia.
Z doniczki wystawały już tylko zeschłe gałązki...
Powinno wystarczyć – mamrotał do siebie cicho przeszukując kieszenie ostatnich już spodni. Chwilę później, zasypiając w osobliwym śmietniku wydarzeń najdłuższego tygodnia swego życia, Słomiany zastanawiał się, czy kromki chleba kupuje się na sztuki, kilogramy czy litry...
Lecz tego dowiedzieć się miał dopiero następnego dnia.
Na początku, niczym burza, nie z daleka, jak to bywa, gdy nieba kolor w pół miejskiego gołębia przypomina albo chodniki kładzione lata temu w czas przedwiośnia, a w pół ogniem pali jeszcze, nadzieję wyrywając na żywiołu niechęć; to grzmot głuchy, przerażający z niepoznania, ze spodu samego, czymkolwiek ów spód jest. Każdy przysiągłby, że słyszy walkę, chrzęst materii pękającej leniwie ku zgubie, pragnącej ofiar ze sobą porwać na ołtarze zniszczenia, byle więcej!
Paraliż nastąpił nagle, instynkt przetrwania odebrał świadomość i najmocniejszym. Jak łąka smagana wiatrem, osierocona przez kosiarza, dziesiątki rąk zatańczyły bezładnie w szumiąc ślepym rytmie, by złamać się w łokciach, odtąd żyjąc własnym, okrutnym żywiołem celu.
Czas rzezi i walki bez miłosierdzia, bez planu, byle szybciej, byle mocniej, byle bardziej! Do mdłości, do bólu, do krwi!!!
Kierowca autobusu numer sto trzydzieści cztery otworzył drzwi. Dojechaliśmy.
GPW
Mgła gęstniała. Od dwóch godzin Gorąca Paskuda Wieczorna snuła się między swymi latarniami. Dokładnie piętnaście kroków. I z powrotem. Kosz dymił lekko, znowu ktoś nie dogasił peta...
Trzech dotąd pytało. Odchodzili.
43 zł za GPW to nadal drogo?
Rynek finansowy
Zapach dawno niepranego koca koił. Każda pacyna łóżka przywoływała minioną beztroskę. Tu kończył się dzień, nowe poznania, pragnienia...
Został mu tylko tydzień. Albo mniej. Rynek finansowy nie ma złudzeń, tamte czasy nie powrócą...
Branża budowlana
Wciąż dygotała. Niewygodny fotel. Obite imitacją skóry drzwi odpychały.
Przyszła za wcześnie. Każdy to robił. Jedno z nielicznym miejsc, gdzie nikt się nie spóźnia. I gapi potem w plastikową paprotkę... No przecież tu nie ma okna, musi być plastikowa.
– Dzień dobry, pani pierwszy raz do psychologa?
– T... tak, zdecydowałam się.
– Bardzo dobrze, bardzo dobrze. Pani... Branża, przepraszam...
– Budowlana. Wróciłam do starego nazwiska...
Najpierw się zatrzymał, ale nie jakoś zwyczajnie. Jak zatrzymuje się ten, kto wie, że już nigdy...
Zaniepokoiło mnie to. Spojrzałem na innych. Oddani troskom, radościom, temu, co każdy z nas dźwiga w zwyczajny wtorek.
Minęła chwila. Nieco dłuższa, niż zwykle. O tę długość, która każe odwrócić wzrok od telefonu, książki, tępego zapatrzenia przed siebie.
Nagle pociemniało. Niepokój obudził nielicznych jeszcze, zastygłych w niebycie. Zaczęły padać słowa słyszane nieczęsto. Trudne pytania. Wyostrzony brakiem światła słuch wydobył lęk z oddechów, nierównych, zszarpanych...
Zimno. Z początku chłód tylko. Niedostrzegalny obłok pary gęstniał. Drżenie, któremu ulegli najsłabsi, z czasem udzieliło się większości.
Ochrypłe głosy poczęły cichnąć. Tylko ciężki, świszczący współoddech znaczył, że czas wciąż trwa. Lecz nadzieja gaśnie...
Stoimy pod Myszkowem. Pociąg się zepsuł.
Kiedy wrzesień pali trawę, w październiku dają kawę.
We wrześniowe noce już się tak nie pocę, suszą się onuce, a światło migoce.
Wrzesień ma to i da.
Wrzesień drze się o tym, że się bardziej jedną nóżką.
Jak we wrześniu, tak.